niedziela, 11 stycznia 2026

ŁŚ Magazine: Flower and Pines (PL)


Sasha Pushkin i Jegor Mickiewicz od lat mieszkają w Polsce i tworzą swoją artystyczną w formie i niepokojącą w przesłaniu muzykę jako Flower and Pines. Zaangażowane społecznie (choć nie politycznie) a jednocześnie poetyckie teksty utworów przywodzą na myśl post-punkową wrażliwość, ale mocno gitarowa muzyka, która nie stroni od prawdziwie hałaśliwych momentów sytuuje ich gdzieś w obrębie post-rocka. A w takim razie jest to jeden z moich ulubionych projektów post-rockowych w kraju. Udało mi się z Sashą, Jegorem i nowym perkusistą Antonem porozmawiać przy okazji grudniowego koncertu w krakowskim pubie Oliwa. Jak pochodzenie wpływa na ich muzykę? Czy nowy album ma być dla nas jeszcze ostrzeżeniem czy już komentarzem? I w czym objawia się minimalizm ich muzyki?


ŁŚ: Zacytuję wam na początek trochę Wikipedii: “Poeta przeobrażeń, bard słowiański”, “klasyk literatury rosyjskiej i światowej”, to o Mickiewiczu i Puszkinie. Takie dość duże buty, żeby w nie wejść, prawda? Specjalnie sobie tak ambitnie wybraliście? 

Sasha Pushkin: Nie, nie, Jegor jak naprawdę ma na nazwisko Mickiewicz! A Pushkin to taka ksywa po prostu. 

ŁŚ: Czyli, Jegor, masz polskie korzenie? Czy to jest nazwisko raczej białoruskie? 

Jegor Mickiewicz: Tak tu się uznaje, że mam polskie korzenie. Moja rodzina po ojcu jest z tych okolic zachodniej Białorusi, które przechodziły z rąk do rąk. Ten Mickiewicz też był z tych rejonów. 

ŁŚ: Czyli jesteś rodziną Wielkiego Wieszcza? 

JM: Ee tam, tam dużo jest tych Mickiewiczów. W Polsce nazwisko Mickiewicz nie jest takie częste, ale tam wręcz przeciwnie. 

ŁŚ: Czyli to jest zupełny przypadek? Niesamowite. Ale jednocześnie teksty Flower and Pines mocno bazują na fabule, na historii, praktycznie jak utwory literackie. Czujesz jakiś związek z literaturą Romantyzmu? Bo ja widzę trochę związków. 

JM: Tak, tak. Ja piszę nasze teksty. Oczywiście nie ma tu związku z tym, że mam na nazwisko Mickiewicz, ale po prostu zawsze lubiłem i literaturę i poezję. Z tym Romantyzmem to może coś być na rzeczy, ale nie mogę powiedzieć, że czerpię jakąś konkretną inspirację z tego czy innego nurtu literatury. 

 ŁŚ: Ja widzę coś nawet w nazwie zespołu: Flower and Pines. Symbolika natury, te rzeczy. Skąd się wzięła wasza nazwa? 

SP: Chcieliśmy żeby była jak tytuł jakiegoś obrazu w muzeum. 

JM: Tak żeby przedstawić tytuł obrazu bez żadnych detali samego dzieła. Żeby słuchacz mógł się szczegółów sam już domyślić. Z mojej strony były też chyba inspiracje symboliką black metalową. Sosny, drzewa iglaste. Kojarzą mi się z… 

SP: Norweskim lasem. Darkthronem! (śmiech) 

ŁS: Mam jeszcze jedno nawiązanie do historycznych postaci Mickiewicza i Puszkina: oni byli też znani z postawy anty-carskiej. Mickiewicz to wiadomo, ale Puszkin też, przynajmniej na początku. 

JM: Właśnie, ale później już nie do końca. Ale z nami tak nie będzie, nie bójcie się! (śmiech) 

ŁŚ: Ale chciałem spytać, czy wy się widzicie jako tacy, powiedzmy, buntownicy przeciwko współczesnym carom? 

SP: Przeciwko całemu światu w jakimś sensie. Przeciwko całemu złu, wspierając wszystko, co dobre. Może to brzmi głupio, ale tak bym to powiedział. Nie chodzi o konkretnego “cara”, tylko o rzeczy w świecie, z którymi się nie zgadzamy. 

 JM: Ja raczej widzę to tak, że w naszej muzyce nie można zobaczyć jakiegoś konkretnego światopoglądu. Co my uważamy o jakimś konkretnym polityku na przykład. Jak słuchasz naszej muzyki to ma być tak, jakbyś oglądał film historyczny i mógł wybrać sobie, po której stronie się opowiadasz. Możesz wybrać, czy jesteś za tym, czy jesteś przeciwko. 

SP: Czy może to o tobie? 

JM: Właśnie. 

ŁS: Ale nie możemy uciec od tego, że jesteście z Białorusi. I że to jest jakiś komentarz odnośnie sytuacji, która tam panuje. 

JM: Tak, no tak, oczywiście. 




ŁŚ: Zwłaszcza chodzi o EP-kę Hnieŭ, na której śpiewasz po Białorusku. Ona powstała właśnie z myślą o jakimś konkretnym wydarzeniu? Czy po prostu jako reakcja wobec tego, jak wygląda sytuacja na Białorusi? 

JM: Raczej po prostu jako reakcja na to wszystko. Hnieŭ, czyli “gniew” po polsku, pisaliśmy w momencie, kiedy było tam najostrzej, zapisaliśmy na niej to, co wtedy czuliśmy. To nie jest żaden anthem, żaden hymn. To nie tak, że my nią mówimy: “Hej! Idziemy na barykady!”. Bardziej myślę, że w pewnym stopniu to jest jak panichida (nabożeństwo żałobne w Kościołach chrześcijańskich obrządku wschodniego - przyp. ŁŚ), jak requiem. Mówimy nią, że my wiemy jak to wszystko było i jak bardzo jest nam z tego powodu źle. 

ŁŚ: Macie jakieś sygnały, że słucha się was w Białorusi? Że jesteście zauważeni? 

JM: Tak, wiemy, że nas słuchają w Białorusi, ale... Tak naprawdę w Białorusi zostało już bardzo mało ludzi, którzy mogliby nas słuchać. Którzy mogliby być naszą publicznością. Wielu z nich mieszka już gdzieś w Europie. 

SP: Wręcz my sami już dawno nie mieszkamy w Białorusi, wyjechaliśmy jeszcze zanim to najgorsze się wydarzyło. Może więc my sami po prostu nie wiemy do końca, co tam się dzieje. Chociaż są tam wciąż jacyś ludzie, którzy nas słuchają. 

Anton Betson: Ja mogę jeszcze dodać, że są białoruskie media w internecie, które o nas pisują. O tym, że jest taki zespół i tworzy muzykę, ale nie w kontekście politycznym. 

JM: Zwłaszcza od wydania naszej ostatniej płyty. 




ŁŚ: No właśnie, w tym roku wydaliście płytę Unconditional Love, a na niej moją ulubioną piosenkę tego roku, Dogs. Cała płyta, jak to sami opisujecie, przedstawia sobą dystopijny obraz, a każdy utwór po kolei jest przejmujący, pokazujący poczucie bezradności wobec opresyjnej władzy. Ale najbardziej czuję to w Dogs właśnie. Ta piosenka opisuje postawę pewnej jednostki zaszczutej przez reżim, przez społeczeństwo, w którym żyje. Opisujecie ją, ale nie komentujecie, czy taka postawa jest złe czy może da się ją zrozumieć. 

SP: Ja myślę, że wszystkie komentarze muszą wyjść nie od twórcy, ale od słuchaczy, bo każdy człowiek ma swoją historię, przez co przesłanie nie będzie nigdy dla każdego takie samo. 

JM: Wiesz, jak chodzi o Dogs, to sama piosenka jest o tym, że nie ma żadnej strony, po której można się opowiedzieć. Chodzi w niej o to, że kiedy mieszkasz w reżimie, to jesteś i policjantem i ofiarą. Wszystko się zmienia: dzisiaj ty szukasz kogoś, kto nie zgadza się z reżimem, a jutro przychodzą po ciebie. 

 SP: To normalne, że wszyscy mamy w sobie to coś złego i to coś dobrego. Dzisiaj robisz jakieś dobre rzeczy, jutro złe. Taki jest człowiek. 

ŁŚ: Kiedy słucham Unconditional Love, to zastanawiam się, czy widzicie ją jako ostrzeżenie przed sytuacją, która może nastąpić, czy już bardziej jako komentarz odnośnie tego, co faktycznie się dzieje? 

JM: I jedno i drugie. Jesteśmy z kraju, który za naszego życia zawsze był taki jaki jest teraz, czasem było tylko trochę lepiej, czasem trochę gorzej. Ale teraz jest najtrudniej, jest jak w tych dystopijnych książkach. A to, co dzieje się w Polsce też nie wygląda specjalnie dobrze, prawda? Oczywiście, nie jest to w żadnym stopniu porównywalne do tego, co jest u nas, ale same intencje są trochę przerażające. 

ŁŚ: Widzicie w takim razie takie zagrożenie, że tutaj też może faktycznie tak być jak w Białorusi? 

JM: Nie mówimy, że tak będzie, ale po prostu wiemy, że takie rzeczy zdarzają się bardzo szybko. 

SP: W jednym momencie możesz znaleźć się w całkiem innym miejscu, niż byłeś wczoraj. 

JM: Dlatego to jest przerażające. A więc to od razu i ostrzeżenie i refleksja o tym, co my już znamy. 

SP: Zawsze tak jest. Jak skończyła się druga wojna światowa, to po niej każdy powtarzał te wszystkie porady, że trzeba pamietać, bo dopóki pamiętasz, nie będziesz robił tego samego gówna. Ale jak już zapomnisz to nagle: dzień dobry! (śmiech) 

ŁŚ: Cała ta płyta jest w dużym stopniu przerażająca. Taka była intencja? 

JM: Myślę, że tak. Ale to nie było tak, że powiedziałem “Sasha, dawaj, zrobimy coś przerażającego!”. Po prostu w ciągu tworzenia płyty okazało się, że tylko w ten sposób możemy ją zrobić. 

SP: Mnie się wydaje, że to było takie niesformułowane uczucie gdzieś tam w środku, po prostu gdzieś tam widzieliśmy, że musimy wybrać te opcje, stworzyć te dźwięki. Ale nie umówiliśmy się, że tak właśnie robimy. Tak po prostu wyszło. 

ŁŚ: Tytuł płyty (“bezwarunkowa miłość” po polsku) to jest... To jest ironia, prawda? 

SP: Nie. 

JM: W pewnym stopniu tak. 

SP: No, faktycznie w pewnym stopniu tak, ale ja bym powiedział, że ironia to ostatnie o czym bym pomyślał. 

JM: Po pierwsze, ta fraza pojawia się na końcu utworu Act of Historical Justice. Chodzi tu o kłamstwo, chodzi o to, że tutaj 2+2 jest 5, że my mówimy, że przyszliśmy tutaj, żeby wam pomóc. Ta wojna jest po to, by nie było więcej wojen, te represje są po to, by było wam lepiej. To jest miłość, ale wy tego jeszcze nie rozumiecie. 




SP: Tak po prostu jest w tym świecie. I to nie jest ironiczne, to jest bardziej smutne. 

JM: Inna sprawa, że ta fraza nie tyczy się tylko tego utworu. We wszystkich kawałkach na płycie jest coś o tej miłości. Ona może być różna. Na przykład w Jerusalem podmiot liryczny też czuje jakąś miłość, miłość do tego miejsca, za które leje się krew. To też jest jakby miłość. 

SP: Czyli to jest płyta o miłości? 

JM: Tak, tak, o miłości, która może być bardzo różna. 

ŁŚ: Ktoś, kto by sięgnął po płytę patrząc tylko na tytuł, pewnie by się nie spodziewał, że taka będzie w środku. Jest przepełniona pesymizmem (czy też może realizmem, bo przecież komentujecie rzeczywistość), ale czy poza tym widzicie jakiś powód do optymizmu? Czy jest dla niego miejsce w muzyce? 

SP: Miejsce na pewno jest, ale może to jeszcze nie właściwy czas. 

JM: Ja nie widzę na to miejsca w muzyce. Nawet moja mama często mnie o to pyta. Czy… 

SP: Kiedy będziesz grał wesoło? (śmiech) 

JM: Dokładnie tak mnie kilka tygodni temu pytała: czy wy tam z Saszą coś robicie nowego i czy będzie trochę bardziej optymistycznie? Na co ja odpowiedziałem, że nie wiem. Bo ja nie widzę powodów do optymizmu, wszystko wydaje się tylko pogarszać. Czuję tylko totalny pesymizm. 

SP: Zobaczymy jeszcze jak będzie, bo my jesteśmy dopiero w trakcie nagrywania nowego tytułu! Może coś się zmieni! (śmiech) 

ŁŚ: Czyli jest już plan na następny krążek? Planujecie wydać go w przyszłym roku? 

JM: Dobrze by było, żeby w przyszłym roku, ale jak to wyjdzie to wiadomo, że może być różnie. 

ŁŚ: Chciałbym wrócić jeszcze do optymizmu na chwilę. Czy macie nadzieję, że pojedziecie kiedyś na koncert do Białorusi? 

JM: Kiedyś może się zdarzyć. Przecież wszyscy ci ludzie tam nie będą żyć wiecznie! Oni może tak o sobie myślą, ale to niemożliwe. Więc ja mam nadzieję, że kiedyś pojedziemy. Problem jest w tym, że my nie tylko nie możemy tam pojechać na koncert. My nie możemy tam pojechać w ogóle. Więc kiedy ja myślę o Białorusi, to w pierwszej kolejności nie o tym, że chciałbym tam zagrać. Ja po prostu chciałbym tam się znowu znaleźć. 




ŁŚ: Zmieniliście niedawno skład zespołu. Teraz gracie w czwórkę. Czy z waszej perspektywy bardzo się to różni? Na YouTubie jest wideo, które zatytułowaliście “Wreszcie jesteśmy czteroosobowym zespołem!”, tak jakbyście bardzo na to czekali. 

SP: Ja bym powiedział, że może nie “czekaliśmy”, ale na pewno jesteśmy zadowoleni. Nasza muzyka brzmi po prostu trochę inaczej, gdy gramy na scenie jako duet, a inaczej jak gramy teraz w czwórkę. Wydaje mi się, że to Jegor bardziej chciał grać w czwórkę, ja nie miałem w sobie tyle entuzjazmu dla tego pomysłu, ale teraz już mi się podoba. 

JM: Na pewno jest trudniej, bo jednak jak graliśmy we dwóch, to musieliśmy dogadywać się tylko ze sobą. A jak mamy cztery osoby to trzeba już tym jakby bardziej zarządzać. Ale tak, ja bardzo tego chciałem, bo myślałem, że są pewne rzeczy, które będą po prostu lepiej brzmieć, jak będzie nas więcej. Teraz, kiedy gramy w czwórkę, słychać więcej przestrzeni w naszym brzmieniu. 

AB: Bywałem na koncertach, kiedy Sasza i Jegor grali we dwóch i myślałam sobie “kurczę, jak to będzie brzmieć, kiedy będą prawdziwe bębny i bas”. 




ŁŚ: W przyszłym roku gracie kilka koncertów ze Spoiwem i z Jo Quail. Spoiwo to ikona polskiego post-rocka, Jo Quail związana jest z wieloma artystami z tego gatunku, grała przecież na przykład z God Is an Astronaut. Czy wy czujecie w ogóle związani z tym gatunkiem? 

SP: To na pewno jeden z tych gatunków, który lubimy, zwłaszcza ja. Jeszcze w Białorusi grałem w dwóch zespołach, Challenger Deep to taki bardziej post-metal, Marie Chante takie jakby screamo, ale z post-rockiem. 

JM: Można powiedzieć, że Sasza naprawdę ma post-rockowe korzenie. Ja wcześniej nie słuchałem tego gatunku. 

SP: Otworzyłem to w tobie! 

JM: Jestem od dawna fanem Swans, ale to może nie jest tak dokładnie post-rock. Takie prawdziwe zespoły post-rockowe zacząłem dla siebie odkrywać już jak założyliśmy Flower and Pines. 

ŁS: Mogę to zrozumieć, bo wydaje mi się, że w post-rocku przekazuje się dużo treści i emocji w warstwie instrumentalnej, a ty jednak piszesz słowa, i to one są bardzo emocjonalne i poetyckie. 

 JM: Myślę, że jest tu związek, tak. W ogóle muzyki instrumentalnej zacząłem słuchać dość późno. Zawsze chciałem, żeby były słowa, żeby ktoś tam śpiewał. 

ŁŚ: W tym momencie przekazujecie treść i emocje zarówno słowami, jak i muzyką. Uważacie, że można to połączyć w jednym projekcie? 

JM: Nie mamy żadnego problemu, żeby to łączyć. Wręcz jak założyliśmy nasz zespół to myślałem, że nie będzie w nim tak naprawdę dużo wokali. Ja w zespołach byłem zawsze raczej wokalistą, a tutaj chciałem raczej grać na gitarze i robić coś bardziej instrumentalnego, tak aby wokale były bardziej dodatkiem, ale wyszło trochę inaczej. 

ŁŚ: Jasne. Spytałem o to, bo w opisie waszej muzyki, chyba na Spotify jest, że tworzycie muzykę minimalistyczną. Ja na przykład tego zupełnie nie słyszę. 

JM: A, bo to chodzi o minimalizm w kompozycji. 

SP: Dokładnie. Gdybyśmy robili coś bardziej skomplikowanego to osiągnęlibyśmy inny cel niż chcieliśmy. Minimalistyczne podejście do kompozycji pozwala słuchaczom przeżyć jakieś uczucie w jej trakcie, na przykład, kilka razy. To pozwala dopiero dotrzeć do jej sensu, tak myślę. 

JM: Na przykład, gdy przez cały utwór nie zmieniamy akordu to… 

SP: To jest jakby podstawa. Jeżeli przyjmiemy, że jedna piosenka to jakaś historia, to ten jeden akord to taka podstawa, na której wszystko się dzieje. I potem może dodajesz różne sceny, różne postaci, coś tam one robią, coś tam się dzieje, ale ta podstawa nie zmienia się aż do końca. 

 JM: Myślę, że nie skłamię, jeśli powiem, że chcemy też, żeby nasza muzyka brzmiała trochę transowo i żeby można było się dać temu transowi porwać. Dlatego jak mówimy o minimalizmie, to chodzi po prostu o kompozycję, a w aranżacjach to już może być totalny eklektyzm. 

ŁŚ: No jednak ta ściana dźwięku, to się czasem pojawia! W warstwie lirycznej też tak jest, że powtarzacie te same motywy, frazy, na przykład w Dogs. To też może działać transowo. 

JM: Gdy robiliśmy Dogs, to nie mieliśmy takiego celu na początku. 

SP: Ja bym powiedział, że podczas tworzenia naszych kawałków, najpierw myśleliśmy o tym, żeby to między sobą pracowało i łączyło się w spójną całość. Chociaż nie uzgadnialiśmy między sobą jakiegoś konkretnego celu, to jednak gdzieś tam w środku czuliśmy, jak chcemy, żeby nasze utwory brzmiały. 

JM: Do tego ja, na przykład, mam tak, jeszcze z dzieciństwa, że jak usłyszę coś fajnego to chcę, żeby to się po prostu powtarzało i powtarzało i powtarzało. Często odczuwam smutek, że jakiś fajny moment pojawił się tylko raz. 

SP: Te wszystkie małe rzeczy podtrzymują atmosferę tego transu. 

JM: Tak żeby nasze kompozycje zaczęły działać.🦢




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz